Awans? Przypadek. Pochwała od szefa? Pewnie był w dobrym humorze. Udany projekt? Zespół zrobił większość. Świetny wynik? Trafił się łatwiejszy miesiąc. Gdy zawodowy sukces pojawia się na horyzoncie, niektórzy zamiast szampana otwierają w głowie prywatne biuro śledcze i gorączkowo szukają dowodów, że właściwie nie zasłużyli na gratulacje. Im większe osiągnięcie, tym bardziej podejrzana staje się cała sprawa. Brzmi absurdalnie? Z zewnątrz często tak. Dla osoby, która stale podważa własne kompetencje, podobny tok myślenia może jednak brzmieć zaskakująco przekonująco. Fenomen oszusta nie polega na braku umiejętności. Problem zaczyna się wtedy, gdy fakty mówią jedno, natomiast wewnętrzny komentator z uporem przekonuje cię, że wszyscy wokół dali się nabrać.
Sukces jest, tylko satysfakcja gdzieś zniknęła
Wyobraź sobie, że przez kilka miesięcy prowadzisz trudny projekt. Pilnujesz terminów, rozwiązujesz problemy, rozmawiasz z klientem i doprowadzasz sprawę do końca. Efekt zbiera świetne opinie. Zespół gratuluje, przełożony mówi o bardzo dobrej pracy, klient chce kontynuować współpracę. Logiczna reakcja powinna obejmować przynajmniej odrobinę dumy. Tymczasem twoja pierwsza myśl brzmi: „Miałem szczęście”.
Właśnie w podobnych sytuacjach szczególnie wyraźnie ujawnia się mechanizm, który psycholożki Pauline Rose Clance i Suzanne Imes opisały pod koniec lat 70. XX wieku. Początkowo analizowały doświadczenia wysoko osiągających kobiet, późniejsze badania pokazały jednak, że podobne przekonania dotyczą ludzi różnych płci, zawodów i etapów kariery.
syndrom oszusta nie stanowi odrębnej diagnozy psychiatrycznej. Termin opisuje zestaw przekonań oraz reakcji, które sprawiają, że człowiek ma trudność z przypisaniem sukcesu własnym kompetencjom, wysiłkowi oraz doświadczeniu. Może mieć imponujące CV, wysokie stanowisko i lata praktyki, lecz nadal obawia się chwili, w której ktoś rzekomo odkryje prawdę o jego „braku kwalifikacji”.
Jak rozpoznać syndrom oszusta? Zacznij od sposobu, w jaki tłumaczysz sukces
Jednym z najbardziej charakterystycznych sygnałów pozostaje osobliwa asymetria. Porażkę przypisujesz sobie, sukces oddajesz przypadkowi. Jeśli projekt się nie uda, analizujesz własne błędy. Jeśli wszystko idzie świetnie, szybko pojawiają się inni bohaterowie: szczęście, łatwe zadanie, korzystna sytuacja, pomoc kolegów, łagodny klient albo niezwykle sprzyjający układ planet.
Sam fakt doceniania udziału innych osób oczywiście nie świadczy o problemie. Praca zespołowa rzeczywiście opiera się na współpracy. Zwróć jednak uwagę, czy potrafisz wskazać również własny wkład. Jeżeli na pytanie o sukces zawsze odpowiadasz, że właściwie niewiele od ciebie zależało, przyjrzyj się temu schematowi dokładniej.
Możesz wykonać prosty eksperyment. Przypomnij sobie trzy zawodowe sytuacje, z których rezultatów jesteś zadowolony. Następnie nazwij swoje konkretne działania: decyzję, pomysł, rozmowę, analizę, wiedzę albo reakcję na problem. Jeśli natychmiast pojawia się potrzeba dopowiedzenia „ale każdy potrafiłby to zrobić”, właśnie złapałeś wewnętrznego krytyka na gorącym uczynku.
Komplement brzmi jak oskarżenie? To kolejna wskazówka
Niektóre osoby przyjmują pochwałę z wdziękiem tenisisty odbijającego piłkę przez siatkę. „Świetna prezentacja” natychmiast wraca jako „oj, bez przesady”. „Bardzo dobry raport” spotyka się z „miałem sporo czasu”. „Naprawdę dobrze sobie poradziłaś” kończy się odpowiedzią „po prostu trafiłam na łatwy temat”.
Jeżeli każda pochwała wywołuje potrzebę natychmiastowego wyjaśnienia, dlaczego właściwie nie powinna paść, możesz mieć trudność z uznaniem własnych osiągnięć. Skromność ma swoje miejsce, lecz uporczywe pomniejszanie zasług działa inaczej. Po pewnym czasie zaczynasz sam sobie opowiadać historię, w której sukcesy właściwie nie mają autora.
Spróbuj odpowiedzieć zwyczajnym „dziękuję”. Bez przypisu, sprostowania i konferencji prasowej. Jeśli pracował z tobą zespół, możesz dodać jego udział: „Dziękuję, świetnie nam się współpracowało”. Nadal przyjmujesz uznanie, lecz jednocześnie doceniasz innych. Jedno nie wyklucza drugiego.
„Jeszcze trochę się przygotuję” może trwać bardzo długo
Fenomen oszusta często idzie pod rękę z nadmiernymi przygotowaniami. Prezentacja ma dwadzieścia minut, ty ćwiczysz ją przez trzy wieczory. Wiadomość do ważnego klienta wraca do edycji siedem razy. Raport jest gotowy, lecz nadal sprawdzasz każdą tabelę, ponieważ masz poczucie, że irgendwo musi kryć się katastrofalny błąd.
Staranność sama w sobie stanowi zawodowy atut. Problem zaczyna się wtedy, kiedy pracujesz znacznie dłużej niż wymaga zadanie, a mimo to nadal nie czujesz się przygotowany. Wewnętrzna zasada brzmi wówczas mniej więcej: „Jeśli wykonam wszystko perfekcyjnie, nikt nie zauważy, że tak naprawdę nie jestem wystarczająco dobry”.
Taki mechanizm potrafi przynieść świetne efekty zawodowe, przynajmniej przez pewien czas. Otoczenie widzi osobę niezwykle sumienną, lecz nie widzi kosztu: napięcia, wielogodzinnej pracy i przekonania, że każdy rezultat trzeba okupić ogromnym wysiłkiem. Wiedz, że sprawna praca nie wymaga nieustannej kontroli wszystkiego po kilka razy.
Perfekcjonizm bardzo lubi ten duet
Jeśli za sukces uznajesz wyłącznie rezultat bez najmniejszej skazy, własne osiągnięcia prawie zawsze będą wyglądały mizernie. Dziewięć rzeczy poszło świetnie, jedna wymagała poprawki? Zgadnij, o której będziesz myśleć wieczorem.
Perfekcjonistyczny sposób oceny nie zostawia przestrzeni na normalną pracę człowieka. Kompetentna osoba może popełnić błąd, pomylić datę, przeoczyć literówkę albo potrzebować pomocy. Nie przekreśla to jej wiedzy ani doświadczenia. Różnica między profesjonalizmem a perfekcjonizmem polega między innymi na tym, że profesjonalista reaguje na problem i idzie dalej, natomiast perfekcjonista potrafi zrobić z drobnej pomyłki trzyaktowy dramat o własnej nieudolności.
Pamiętaj, że standard „bez błędów” jest bardzo wygodny dla wewnętrznego krytyka. Nigdy go w pełni nie osiągniesz, więc zawsze znajdzie się argument, który pozwoli podważyć rezultat.
Ciągle porównujesz się z najlepszymi? To pułapka z wyjątkowo wysokim sufitem
W każdym zespole znajdzie się ktoś, kto świetnie prezentuje, ktoś inny błyskawicznie liczy, kolejna osoba świetnie rozumie klientów, a jeszcze inna zna firmowe procedury niemal na pamięć. Jeśli złożysz wszystkie te osoby w jednego wyobrażonego superpracownika, przegrasz z nim każde porównanie.
Tyle że taki człowiek nie istnieje.
Osoba z poczuciem zawodowej nieadekwatności często porównuje swoje słabsze strony z cudzymi największymi atutami. W dodatku zna własne wątpliwości, zmęczenie i pomyłki, natomiast u innych widzi rezultat. Koleżanka podczas zebrania mówi płynnie przez piętnaście minut? Nie wiesz, ile czasu spędziła nad prezentacją ani czy godzinę wcześniej nie miała ochoty jej odwołać.
Zamiast budować ranking, sprawdź własną zmianę na przestrzeni czasu. Jakie zadania dziś wykonujesz znacznie sprawniej niż rok temu? Kiedy współpracownicy proszą właśnie ciebie o pomoc? Które problemy potrafisz rozwiązać bez większego wysiłku, choć kiedyś wydawały się trudne? Taka perspektywa daje znacznie uczciwszy obraz.
Awans zamiast radości przynosi panikę
Nowe stanowisko powinno cieszyć, przynajmniej według oficjalnego scenariusza kariery. Tymczasem pierwsza reakcja może brzmieć: „Chyba się pomylili”.
Awans rzeczywiście często nasila wątpliwości dotyczące kompetencji. Na poprzednim stanowisku znałeś obowiązki, ludzi i procedury. Nagle trafiasz do nowej roli i znów musisz pytać, uczyć się oraz mierzyć z sytuacjami, których wcześniej nie znałeś. Porównujesz więc swoje pierwsze tygodnie jako menedżer z piątym rokiem pracy doświadczonego przełożonego.
To rachunek ustawiony od początku na twoją niekorzyść.
Jeśli firma powierzyła ci większą odpowiedzialność, ktoś wcześniej ocenił twoją pracę, doświadczenie i potencjał. Nie musisz znać wszystkich aspektów nowego stanowiska pierwszego dnia. Awans nie oznacza, że od chwili podpisania aneksu magicznie posiadasz doświadczenie, które dopiero zdobędziesz.
Nowa praca potrafi uruchomić prawdziwy festiwal zwątpienia
Pierwsze dni w nowej firmie sprzyjają myśli: „wszyscy tutaj wiedzą więcej ode mnie”. Oczywiście, że część osób wie więcej o firmie. Pracują w niej dłużej.
Ty pytasz o nazwę wewnętrznego systemu, kolega otwiera go odruchowo. Ty sprawdzasz procedurę, on pamięta ją niemal bez zastanowienia. Po tygodniu możesz dojść do wniosku, że trafiłeś do zespołu ekspertów przez administracyjną pomyłkę.
Pamiętaj, że znajomość organizacji nie jest tym samym co ogólna kompetencja zawodowa. Nowy pracownik potrzebuje czasu na poznanie procesów, ludzi i specyfiki firmy. Jeśli po kilku dniach nie poruszasz się po wszystkim z lekkością wieloletniego pracownika, sytuacja rozwija się dokładnie tak, jak można oczekiwać.
Strach przed pytaniem zdradza więcej, niż sądzisz
„Jeśli zapytam, wyjdzie, że nie wiem”. To jedno z przekonań, które potrafi mocno utrudnić pracę. Osoba obawiająca się demaskacji może długo szukać odpowiedzi samodzielnie, zamiast zadać koledze dwuminutowe pytanie.
Paradoks polega na tym, że dojrzały specjalista zwykle doskonale zna granice swojej wiedzy. Nie musi udawać człowieka z wbudowaną encyklopedią. Jeśli czegoś nie wie, sprawdza, konsultuje i wraca z odpowiedzią.
Możesz powiedzieć: „Nie mam teraz pewności, sprawdzę i wrócę z informacją”. To zawodowo znacznie bezpieczniejsze niż improwizacja podana tonem eksperta. Pamiętaj też, że pytania na początku nowego projektu albo po zmianie stanowiska są naturalną częścią pracy.
Syndrom oszusta może sprawić, że nie zgłaszasz się po więcej
Najbardziej dotkliwe konsekwencje nie zawsze dotyczą samopoczucia. Mechanizm może wpływać również na rozwój kariery. Widzisz ofertę pracy, spełniasz większość wymagań, lecz rezygnujesz, ponieważ brakuje ci doświadczenia w jednym punkcie. Pojawia się możliwość awansu, jednak uznajesz, że najpierw musisz „jeszcze trochę się nauczyć”. Ktoś proponuje ci prowadzenie prezentacji, a ty odmawiasz, ponieważ inni z pewnością wiedzą więcej.
Po pewnym czasie ostrożność zaczyna sama produkować dowody na poparcie twoich obaw. Rzadziej zgłaszasz się do nowych projektów, więc zdobywasz mniej nowych doświadczeń. Nie mówisz głośno o swoich wynikach, więc część osób rzeczywiście ich nie zna. Nie negocjujesz stawki, ponieważ nie czujesz się wystarczająco dobry, więc twoje wynagrodzenie pozostaje niższe.
Wiedz, że pewność nie zawsze pojawia się przed decyzją. Bardzo często przychodzi dopiero po kilku próbach.
„Każdy mógłby to zrobić” nie zawsze jest prawdą
To zdanie pojawia się wyjątkowo często. Udało ci się rozwiązać trudny problem? „Każdy by sobie poradził”. Klient pochwalił współpracę? „Przecież tylko wykonywałam swoją pracę”. Dostałeś świetną ocenę? „To nic nadzwyczajnego”.
Jeżeli coś przychodzi ci łatwo dzięki doświadczeniu, możesz błędnie uznać, że zadanie jest łatwe dla wszystkich. Tymczasem wiele umiejętności staje się niemal automatycznych dopiero po latach praktyki. Osoba sprawnie prowadząca rozmowę z trudnym klientem może już nie pamiętać, ile wysiłku wymagało to na początku kariery.
Przyjrzyj się zadaniom, z którymi regularnie zwracają się do ciebie inni. Jeśli współpracownicy proszą o opinię w określonym obszarze, istnieje powód. Kompetencja często staje się najmniej widoczna właśnie dla osoby, która posiada ją od dawna.
Czy syndrom oszusta oznacza niską samoocenę?
Nie zawsze. Możesz mieć całkiem dobre zdanie o sobie w wielu dziedzinach, a jednocześnie podważać zawodowe kompetencje. Ktoś może czuć się swobodnie w relacjach, być zadowolony ze swojego życia i równocześnie uważać, że awans otrzymał przez szczęśliwy przypadek.
Fenomen oszusta dotyczy przede wszystkim sposobu interpretacji własnych osiągnięć. Z tego powodu osoba odnosząca sukcesy wcale nie musi wyglądać na niepewną. Może mówić stanowczo, zajmować wysokie stanowisko i sprawiać wrażenie całkowicie spokojnej, a mimo to prywatnie stale obawiać się kompromitacji.
Nie oceniaj więc problemu wyłącznie po zachowaniu widocznym dla otoczenia. Pewny ton głosu i stanowisko dyrektorskie nie dają odporności na wewnętrzne zwątpienie.
Czy dotyczy wyłącznie ambitnych osób?
Zjawisko często pojawia się w kontekście ludzi mocno zaangażowanych w pracę, lecz nie ma sensu tworzyć z niego odznaki dla wybitnie ambitnych. Może dotyczyć różnych osób i różnych etapów kariery.
Szczególną rolę odgrywa sytuacja, w której człowiek znajduje się w nowym środowisku, obejmuje bardziej odpowiedzialną rolę albo pracuje w grupie osób bardzo doświadczonych. Wtedy łatwo zauważa własne braki, natomiast trudniej dostrzega wiedzę, którą już posiada.
Podobny mechanizm może pojawić się po zmianie branży. Masz dziesięć lat doświadczenia zawodowego, lecz w nowej specjalizacji znów jesteś początkujący. Jeśli zaczniesz oceniać całą swoją zawodową sprawność przez pryzmat pierwszych tygodni w nowej dziedzinie, poczucie niekompetencji przychodzi niemal na gotowe.
Jak sprawdzić, czy twoje obawy mają podstawy?
Nie każda wątpliwość świadczy o fenomenie oszusta. Możesz rzeczywiście mieć braki w konkretnej dziedzinie. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy z jednego brakującego elementu budujesz ogólny wyrok na temat całych swoich kwalifikacji.
„Nie znam dobrze tego programu” jest konkretną informacją. Możesz poznać narzędzie, poprosić o szkolenie albo ćwiczyć samodzielnie. „Nie nadaję się do tej pracy” to znacznie szersza ocena, która nie mówi, jaki problem właściwie należy rozwiązać.
Podobnie wygląda informacja zwrotna od przełożonego. Jeśli szef wskazuje jeden obszar wymagający poprawy, nie zamieniaj tej uwagi w dowód, że cały twój zawodowy dorobek był pomyłką. Osoba kompetentna nadal może mieć dziedziny, które rozwija.
Fakty kontra wewnętrzny komentator
Kiedy pojawia się myśl „na pewno zaraz odkryją, że sobie nie radzę”, sprawdź dowody. Jaką ocenę otrzymujesz od przełożonego? Czy realizujesz zadania? Czy klienci wracają? Czy inni powierzają ci odpowiedzialność? Czy masz informacje potwierdzające rzekomą niekompetencję, czy jedynie silne poczucie?
Emocje są realne, ale nie zawsze trafnie opisują fakty. Możesz czuć się nieprzygotowany i jednocześnie być przygotowany. Możesz mieć tremę przed prezentacją i poprowadzić ją bardzo dobrze. Możesz czuć się mniej kompetentny od kolegi, choć wasze wyniki wskazują zupełnie inny obraz.
Spróbuj używać języka opartego na obserwacji. Zamiast „kompletnie sobie nie radzę” powiedz: „Ten projekt zajmuje mi więcej czasu, ponieważ robię go pierwszy raz”. Zamiast „wszyscy są lepsi” nazwij konkretną osobę i umiejętność, której jej zazdrościsz. Ogólny lęk staje się wtedy problemem, który można ocenić znacznie trzeźwiej.
Zapisuj zawodowe sukcesy, zanim pamięć zacznie je poprawiać po swojemu
Ludzka pamięć nie prowadzi obiektywnego archiwum kariery. Jeśli masz silną skłonność do samokrytyki, błędy mogą pozostawać w niej znacznie dłużej niż pochwały.
Możesz stworzyć prywatny zapis zawodowych rezultatów. Nie musi mieć formy pamiętnika pełnego motywacyjnych sentencji. Zanotuj zakończone projekty, trudne sytuacje, które udało ci się rozwiązać, pozytywne wiadomości od klientów, nowe obowiązki oraz mierzalne rezultaty.
Zamiast „dobrze poprowadziłam projekt” zapisz: „Koordynowałam pracę pięciu osób i zakończyliśmy projekt zgodnie z terminem”. Konkret trudniej unieważnić zdaniem „po prostu miałam szczęście”.
Taki dokument przydaje się również podczas rozmowy o podwyżce, oceny okresowej albo aktualizacji CV. Zamiast gorączkowo przeglądać ostatni rok w pamięci, masz fakty pod ręką.
Przestań natychmiast odbijać pochwały
Możesz potraktować przyjmowanie komplementów jak mały trening. Kiedy ktoś chwali twoją pracę, odpowiedz „dziękuję” i nie dodawaj niczego przez kilka sekund.
Dla osoby przyzwyczajonej do natychmiastowego pomniejszania własnego udziału może to brzmieć zaskakująco trudno. W głowie od razu pojawiają się sprostowania: „ale…”, „tylko…”, „właściwie…”. Nie musisz ich wypowiadać.
Przyjęcie pochwały nie zmienia cię w narcyza. Pozwala jedynie uznać ocenę drugiego człowieka bez natychmiastowej próby przekonania go, że źle widział sytuację.
Zwróć uwagę na słowa „tylko”, „udało się” i „miałem szczęście”
Język potrafi bardzo subtelnie pomniejszać własny udział. „Tylko przygotowałam prezentację”. „Jakoś udało się zdobyć klienta”. „Miałem szczęście z tym awansem”. Jeśli podobne sformułowania stale pojawiają się w twoich wypowiedziach, sprawdź, czy rzeczywiście opisują sytuację.
Szczęście istnieje. Sprzyjające okoliczności również. Nie trzeba zatem przypisywać sobie absolutnej kontroli nad każdym sukcesem. Rzecz w proporcjach. Możesz jednocześnie mieć dobry moment i umiejętności, które pozwoliły go wykorzystać.
Zamiast „udało mi się poprowadzić projekt” spróbuj „poprowadziłem projekt”. Brzmi drobnie, ale zmienia autora zdania z przypadku na człowieka.
Nie potrzebujesz stuprocentowej pewności przed każdym ruchem
Osoba z fenomenem oszusta często czeka, aż poczuje się całkowicie gotowa. Problem polega na tym, że przy ambitnych zadaniach ten stan może nigdy nie nadejść.
Nowe stanowisko zawsze zawiera element niepewności. Pierwsze wystąpienie przed dużą publicznością również. Podobnie pierwszy projekt w nowej branży. Gdybyś miał pełną wiedzę oraz doświadczenie jeszcze przed rozpoczęciem, zadanie prawdopodobnie nie byłoby nowe.
Możesz więc dopuścić działanie mimo wątpliwości. Nie musisz mówić sobie „na pewno pójdzie świetnie”. Bardziej realistyczne zdanie brzmi: „Nie znam wszystkiego, ale mam wystarczające przygotowanie, żeby zacząć”.
Rozmowa z zaufaną osobą może przywrócić proporcje
Własne myśli potrafią brzmieć wyjątkowo wiarygodnie, jeśli słyszysz je codziennie. Dlatego pomocna może okazać się rozmowa z osobą, która zna twoją pracę: przełożonym, mentorem albo zaufanym współpracownikiem.
Zapytaj konkretnie o mocne strony oraz obszary rozwoju. Ogólne „czy jestem dobry?” niewiele daje. Znacznie więcej informacji przynosi pytanie: „W jakich zadaniach radzę sobie najlepiej?”, „Które kompetencje powinienem teraz rozwijać?”, „Jak oceniasz moją samodzielność w tym projekcie?”.
Możesz odkryć sporą różnicę między własną oceną a opinią osób, które rzeczywiście widzą twoją pracę. Jeśli podobna rozbieżność powtarza się przez dłuższy czas, trudno bez końca zakładać, że cała firma uczestniczy w zbiorowym błędzie poznawczym dotyczącym właśnie ciebie.
Kiedy problem zaczyna mocno kosztować?
Poczucie zawodowej nieadekwatności potrafi przez pewien czas pozostawać niewidoczne dla innych, szczególnie jeśli prowadzi do bardzo intensywnej pracy. Człowiek przygotowuje się dłużej, pilnuje szczegółów i bierze na siebie coraz więcej, ponieważ boi się, że mniejszy wysiłek ujawni rzekome braki.
Taki model ma jednak cenę. Może pojawić się przewlekłe napięcie, przemęczenie, problemy ze snem, trudność z odpoczynkiem oraz nieustanne analizowanie pracy po godzinach. Sukces nie przynosi ulgi, ponieważ zaraz pojawia się kolejne zadanie, które trzeba wykonać równie dobrze albo lepiej.
Jeśli obawy mocno wpływają na codzienne funkcjonowanie, relacje, sen lub samopoczucie, rozmowa z psychologiem albo psychoterapeutą może pomóc przyjrzeć się utrwalonym schematom. Nie trzeba czekać, aż sytuacja stanie się skrajna.
Czy można całkowicie pozbyć się syndromu oszusta?
Znacznie bardziej realistycznym celem jest nauczyć się rozpoznawać ten sposób myślenia i przestać traktować go jak obiektywny raport o własnych kompetencjach.
Wątpliwości mogą wrócić przy awansie, zmianie firmy albo pierwszym dużym projekcie. Różnica polega na reakcji. Zamiast automatycznie uznać „nie nadaję się”, możesz pomyśleć: „Znam ten schemat, sprawdzę fakty”.
Z czasem łatwiej również zaakceptować prostą prawdę: można być dobrym specjalistą i nie znać odpowiedzi na każde pytanie. Można mieć sukcesy i nadal się uczyć. Można dostać awans oraz jednocześnie potrzebować kilku miesięcy na swobodę w nowej roli.
Sukces nie potrzebuje adwokata, który natychmiast go unieważni
Jeśli po każdej dobrej wiadomości zaczynasz budować wielopiętrowe wyjaśnienie, dlaczego właściwie na nią nie zasługujesz, zatrzymaj tę narrację choć na moment. Spójrz na fakty. Kto wykonał pracę? Kto zdobywał doświadczenie? Kto rozwiązywał problemy, wracał do projektu i podejmował decyzje?
Oczywiście, że pomagało szczęście. Oczywiście, że inni ludzie mieli swój udział. Prawie żaden zawodowy sukces nie powstaje w sterylnej próżni. Nie oznacza to jednak, że twoja część znika.
Pamiętaj, że uznanie własnych kompetencji nie wymaga przekonania o własnej nieomylności. Możesz powiedzieć: „Dobrze sobie z tym poradziłem” i nadal wiedzieć, że masz sporo do nauczenia. Te dwa zdania spokojnie mieszczą się w jednej głowie.
A kiedy następnym razem ktoś pogratuluje ci awansu, dobrego projektu albo świetnego wyniku, spróbuj nie urządzać natychmiastowego procesu apelacyjnego przeciwko samemu sobie. Powiedz „dziękuję”, pozwól sukcesowi przez chwilę pozostać sukcesem i dopiero później zajmij się kolejnym zadaniem. Kariera naprawdę nie wymaga ciągłego udowadniania, że znalazłeś się w niej przez przypadek.









